About Tomasz Pierzchała

Tłumacz

Jekatierina Zacharkiw

* * *

jestem tym, co czuję: bicie, pierwsze uderzenie
obsypuje się jak wachlarz drewno krzywo wrzyna się promyk
w dym nad manufakturą gdzie stoisz w białym
i patrzysz na salwę nadwyrężonej obrony
dopóki w naszym świecie latają kropki mój młodszy brat ogień
w polu nie wystarcza mu tchu

ściska mą twarz w dłoniach patrzę na burzany
jego ręce ciekną po mej twarzy patrzę na burzany
i na kraj tego zmroku

jestem tym, kto rozłączył się ze sobą w tej akcji na zawsze
rozłączyłem się z polityką w iskrach pod leningradem
stoisz w biały przy szkolnej tablicy wewnątrz dymu
dyktando porusza nas nie wiemy w jakim mówić języku
brzozowy dziegieć na kraj tego zmroku dywany nowych hoteli
ręce ognia ciekną po mej twarzy

 

* * *

prześladując spojrzeniem dalekie spotkania
ocknąwszy się w marmurze mówisz mi
witaj we śnie twej mowy
zgaszonej o krawężnik

nadal nie przeszło i nam nie bardzo poszczęściło się
nie do usunięcia brzęki terroru, odcięte małżowiny uszne
jesteśmy owinięci cienkim błękitem i czymś pośrednim

w tym śnie jesteśmy niby chłopakami i całujemy się
tak wymieniamy się słowami, bezpośrednio, z ust
do ust, po plaży i tańcach, na zamierzonej jawie

z zasadzki wypływają partyzanckie wilki
i oblekają się w cień, widzimy jak my — to muzyka
dźwięk czystej zmowy, liberalnego znaku

 

* * *

do pasa wybielone ciała, w spokoju las
rozproszone działania mutantów
przeżute szkło, spokój ulic
spokój cielesny rzęs
proszę bardzo,

interfejs wymierania, postrzeganie krwią
umywalek, doliny, uczniów, twojego
wstawaj,

nie, nic nie jest miłością
jesteś czarna niczym vera hall
w piersi twej białe urojenia, u podnóża góry
cały dzień raduje się dusza i przerywa się
widzisz,

imituje
militarystyczny obraz uścisku
ziemia skończyła się, wyciągnięte listy
jak flagi w mieście potargane na wietrze w świetle reflektorów
kurz syntaktyka wyłącza przewód wspomnienia

obraca się słońce w oczodołach
nazwij ten krąg
obiecaj że nie wolno odwrócić się

(przekład z j. rosyjskiego)

 

Gleb Simonow

 

* * *

to wszystko nie o tym
szybki dreszcz
podnosi podpory tamy
w domu stania
pada głównik

 

* * *

woda za drzwiami
czeka —
(konieczność otwarcia
spustu)
to jest o czymś,
milcząca
na murbeton

piesze ogniki

 

* * *

oni wyszli z brzegu —
— co nie? — rezygnując z wioseł,
studziennej gliny, mostów,
rezygnując —
wiatr, schodzący z góry,
wygina czubki sosen.
spokojna fala.
nikt nie ma pojęcia, co robić.

 

* * *

kiedy skończy się dzień —
odwołają strażników.
ziemię zaścielą
pod samym niebem.
wybiorą miejsce —
i długi styczeń,
cichy i nowy
prawie nieruchliwy
wyciągnie ręce
gdzieś jeszcze —

będą biały obrus
iskrzące pole
i mały dreszcz
na wylanej wodzie

(przekład z j. rosyjskiego)

 

Artiom Wierle

 

***

białosępy nad ulicą bałtycką
nad domem numer dziesięć litera a
nad mieszkaniem sześćdziesiąt trzy
coś zwęszyły
krążą
wyrzuć stęchłą różę
wywal stęchłe ubrania
wymieć stęchły kurz
wylej stęchłą zupę
wytrzep stęchłe materace
wysraj stęchłe gówno
odlatują?
odlatują
lecz z mieszanymi uczuciami
i z pewną niechęcią
jakby czegoś zapomniały
wyłączyć coś

 

***

był lekki jak ptak
takie przemknęło zdanie
to nie oznaczało że
był lekki jak struś
czy nawet jak flaming
miałem na myśli że był lekki
raczej jak wróbel
i nawet jak gołąb byłoby już przesadą
tak więc
inne okoliczności pogrzebu
już ulotniły się z pamięci

 

***

1
nogi i ręce
to oddzielne istoty
i w ogóle ciało
to oddzielny twór
jestem tylko zwierzęciem domowym
tak jego zwierzęciem domowym

2
czasu nie zostaje
czas ucieka
co to jest jeśli nie
(szanowni panowie)
pozostawienie w niebezpieczeństwie

 

(przekład z j. rosyjskiego)

 

Dmitrij Kazakow

 

***

gwiazda mniszek wschodzi
gdy modlą się za ten świat
grają w warcaby
rozpłaszczają kolana
suszoną rybą pachnie pokój
i rogi stron
tak pachnie odległość między
gwiazdami gdzie unosi się ich szept
i gdy z lasu do nich wychodzą
samice tutejszych zwierząt
oddać młodę na musztrę
zaczyna się deszcz meteorów
a w sąsiedniej dzielnicy
wypada deszcz
z karasi, babek,
ukleji, okoni

 

***

Dzisiaj staję się współuczestnikiem
Z woli własnej po kliknięciu na link
Tam w Aleppo czy Palmirze
(Mocno zaplątany w strefach działań
zbrojnych ugrupowań)
Wystarczająco po angielsku
Dziewczyna żegna się z humanizmem
Z okrążonych kwartałów
Nie pamiętam przez wojska rządowe
rosyjski czy państwa islamskiego
Iraku i Lewantu
Pamiętam dużą oprawkę okularów
Na przepięknej semickiej twarzy sfilmowanej
Na tle pomalowanej płyty regipsowej
Mało efektywnej
Tak więc podczas bobardowania każda strona niebezpieczna
Dla Aleppo czy Palmiry
Dokładnie nie powiem

 

(przekład z j. rosyjskiego)

 

Anna Flejtman Chromowa

 

* * *

policzone centymetry
rozdzielają nas
ostre przecież mają zęby

 

52 rodzaje konfitur

Mówi się,
ХІХ wiek minął w Londynie,
ХХ wiek minął w Paryżu,
ХХІ wiek mija w Nowym Jorku.

A co, gdyby przenieść się gdzieś na odludzie, z dala od głównych dróg?
Gdyby pomyśleć, jestem nawet gotowa nauczyć się swymi rękoma solić oliwki, uprawiać aromatyczne przyprawy i przygotowywać 52 rodzaje konfitur.
Tylko by Nowy Jork, Paryż i Londyn trzymały się ode mnie z daleka.

Do diabła. Tak to jest. 52 rodzaje konfitur, w tym ze skórek pomarańczy.

 

Ważne Rzeczy

mam dość wyrażenia
„mówić o rzeczach ważnych”
pragnę
mówić o nieważnych
o sygnałach samochodowych, rozbrzmiewających za oknem
o zgadze po rybie
o niespodziewanym nocnym deszczu, którego nikt nie usłyszał,
który nie zostwił śladów ani na ziemi, ani w powietrzu,
tylko zmoczył pozostawioną na balkonie książkę
której nie będę cytować
i autora nie będę przytaczać
ponieważ jest ona w całości o rzeczach ważnych
na tyle ważnych, że nieważne, kto i co o nich napisał

 

(przekład z j. ukraińskiego)

 

Wadim Bannikow

 

* * *

tezaurus słaby
spójrz na ten tłum
nigdy nie nauczy się niemieckiego
łowią ryby i drewno —
nigdy nie zbudują miasta
ale oni mogą rybę —
dlatego latarnia przegrała
nikt nie uczy się niemieckiego
lecz to tylko światła
ale tłum \ nikt nie zatrzyma ich
są rzeczy gdzie straszniej
tłum wdycha miasto
lecz nie ma sił być z nim jak z ukochanym

 

* * *

boi się przepaści sama jest przepaścią
(główny instytut stalina)
po drodze w dół \ po drodzę nad rzekę
(nie mówię, że panią znam
nie ty jedna idziesz pod górę
nie ty jedna)
niesiesz w piersi mnie
niesiesz mnie pod piersią
(nikogo tak nie kochałem

 

* * *

milicjanci piękni jak zawsze
przechodzą obok on i ona
zaciągnąłem się i przywitaliśmy się
potem poszliśmy się kąpać
i znowu na huśtawki
oto mówią kajdanki
a tymczasem
nic nie może być przez nie ograniczone
ile razy próbowałem zostać artystą
brałem instrumenty i wyjeżdżałem gdy zbliżał się wrzesień
i brałem farby
suchymi miotełkami robiłem linię
woda spada od razu we wszystkich stanach skupienia
gdy woda nie spada
wtedy jest w stanie pary
u mnie w środku też jest maleńki deszcz
ściągnęła mundur
a przed tym była w mundurze

 

(przekład z j. rosyjskiego)

 

Jewgienij Piwień

 

***

wieloletnią chmurę
przywiązano
do pyłku w kąciku oka
co rozumiemy jako
„strasznego” wykładowcę
na wypłowiałej tabliczce
znalezionego pośród stepu
budynku
tam runiesz
na królicze skórki
i jakoś przezimujesz
odpoczną oczy

 

***

sprytnie zebrane
przewstworza skąd nie ma
wyjścia: światło-pawilon
zdaje się urzeczywistniliśmy
upragnioną wieczorną pielgrzymkę
do zapomnianych krewnych
w głąb osiedla
ich pokoje na oścież
jak stare drewniane przesyłki
szpitale położnicze dla królików
skrytki dla papierosów
podwieszone w ziemi
piją korzeniowy świt
i widzą
i widać ich

 

***

łabędzie
sześć i pół pary
leży
u wezgłowia stawu w nagrodę awatarka
wystrzału nie pochodzi z okna
sprzedają papierosy uczniom pierwszej szkoły
chwytliwy refrenjak mszyca
rzadziejjak pająk
by po minucie jeszcze po jednym
napuszywszy ogony wyrwać słońce z
ferm wysokiego napięcia i nieść
najpiękniejszą w klasieoto głowa łabędzia

 

(przekład z j. rosyjskiego)

 

Anna Głazowa

 

***

twarz
to władza nad drugim
oczy
miejsce spotkania

pod zmową
tajnych znaków i pominiętych naznaczeń.

tam twarz
bez podobieństwa
gdzie jej rysy
nie przechodzą

pod zegarem.

.

***

słowa to też zwierzęta
lecz żyją w stronę przeszłości
i idziesz za nimi nie naprzód
a po śladach

rozchylając mrok rękoma
i rozbijając na szept.

jednak one same
zastawiają pułapki
a gdy wpadniesz –
wyją żałośnie
nie po imieniu.

 

***

spróbuj zwinąć to czego się nie da zwinąć:
morze; wąwóz; resztkę życia,
lub rozstrzygnąć to co niezdecydowane,
wziąć w gołe ręce
zwykłą pustkę.

 

(przekład z j. rosyjskiego)

 

Andriej Czerkasow

 

_

obywatele
ostrożni

widząc jak po woli
toczy się kamienna kula
jadą za miasto
gdzie już przygotowano
tymczasowe zabudowania

a cała reszta
znowu lepi siebie ze śniegu
tworzy białą tkań
obdarowuje się
pustymi zeszytami
na święto
każdego dnia

 

_

kraj
oślepiającej
lekkości

można                                                                                                                                         powiedzmy
skaleczyć się
słowem lecz
znaczenie
wyśliguje się
z palców

sny
błogie—
przewijasz
kilka sezonów
i wszystko zwyczajnie milczy
przez światło
oczekując
wczesnej jesieni
a potem
znowu zimy

 

_

nowy plac
dla odświeżenia
pamięci

jutro
domaga się restartu
chmurnej służby

ale niebo i tak
zaciągnęło się śpiewem

wyznaczono czas
by uczyć się słów
i nie czuć
zupełnie niczego

przed tym
jak przechodzić
przez drogę
przed blisko padającym
śniegiem

 

(przekład z j. rosyjskiego)

 

Jewgienia Susłowa

 

ELEMENTARNE WIZJE, WTEDY

GDY CAŁA BROŃ 

WYWRÓCONA  Z ZIEMI, NIEBA,

CIAŁ I PIASKU

Nikicie Lewitskiemu

 

1.

W biały dzień się zebrali

i odcięli rękę,

najmniejszą ze wszystkich,

jaką mogli znaleźć

w tym rejonie.

 

2.

W rękę zawinęli wszystko,

co mogli dojerzeć.

„Ich uścisk/objęcie zobaczymy

z daleka”.

 

3.

Wspomnienia części

tracą oddech –

by je uwolnić,

zabójcę wywiń,

na skórze jego napisz

jego odwrócony kształt

i zawiń to

biedne ciało w list.

 

4.

Zasnęli i widzą,

jak twarze odcięte

błyszczą w słońcu.

 

5.

Z każdego snu

wychodzi miłość niepodzielna,

którą ujrzymy

z daleka.

 

6.

Szukają ciała,

najmniejszego ze wszystkich,

jakie można znaleźć,

by to miejsce przestało

ich odbijać.

 

(przekład z j. rosyjskiego)

 

Dmitrij Grigorjew

.

NOWI DEMIURGOWIE

.

Kreda okazała się nietrwała:

przeszedł deszcz i

narysowane na asfalcie słońce straciło promienie,

na domu zawalił się dach,

a człowiek koło domu

stracił nogi!

Kiedy wyschnie podwórko,

narysujemy

słońce z dodatkowymi promieniami,

ludzi z trzema nogami,

dom z podwójnym dachem,

żeby kolejny deszcz

zmył tylko zbędne.

.

(przekład z j. rosyjskiego)

.

Jurij Leiderman

 


Neurobiologia

Neurobiologia — kiedyś zostanie zaniechana ta gałąź nauki, nie żeby była całkiem fałszywa, ale bezużyteczna, która poszła nie w tą stronę. Drobiazgowo badaliśmy tkankę mózgową i wiele warstw znaleziono w jej splotach i cementownie, i bractwo znaleziono w jego warstwach. A oto czyste przemknięcie zająca, lasu nie zobaczyli, bo znajduje się on całkowicie z drugiej strony i cała ta neurobiologia przed nim, jak zamek z piasku na skraju lasu.
— To nawet nie przechodzi przez łapę — mówi żółw — to przechodzi przez dziurki w nozdrzach.
Jakby z boku, spod pancerza żółwia pojawia się lipy łodyżka. Po niej włazisz na żółwia i dymasz go słodko, wirują przykrywki w warstwach. Mózgowe „nie
uważając” nieba. Potem zakładasz czapkę garnizonową i buty z cholewami, stajesz się milionerem-motylkiem, skrzydełkami machasz. Brzęczą skrzydełka, błyszczą suche gałązki w skąpanym słońcem lesie.
A nocą, o milicjancie-partyzancie-motylku-rakieto! O, dobry i zbawienny Brazylijczyku!
О, przeręble na polu! O, księżycu.

        Problem w tym, że wszyscy chcą się odkryć. Po prostu nie ma co już robić z informacjami Gdzie się nie ruszysz, wszędzie natkniesz się na wojskowego stojącego w przedsionku, razem z nim walizka. Tam informacja tajna — nie ma co z nią robić, trzeba wywalić. Oni wszędy gaworzą, że taka epoka — wnet przyjdą faszyści, komsomolcy zawodni i trzeba wyrzucić tajną informację, wepchnąć ją do błota. Tędy, łóżko, wepchnąć je do błota. Łodyżki lipy, niby w przeszłości, zaścielającej wszelkie „potem”.

        Ale przecież jogini w miedniczno-biodrowych przepaskach nadal błądzą po lasach, trójkątne gałganki zwisają z drzew.
Obraziłeś się, braciszku? No co ty, posuń się!
Obraziłeś się? Posuń się!
Przed sklepem wiosenną porą.

 

(przekład z j. rosyjskiego)

Igor Satanowski

 

Sideways (z boku)

 

pięknie: jak: na ekranie:
wszystko dobrze się kończy:
ona oddzwoni: on zmieni
zawód: w deszczowy wieczór:
wyjdzie do samochodu: przetrze
przednia szybę: włączy radio:
tango: oto my: mieszkamy w nowej
argentynie: dziesięć minut później:
wróci do domu i: ze spokojną
twarzą: siądzie oglądać wiadomości:
niczego strasznego: z tego:
co: w świecie:

 .

.

(przekład z j. rosyjskiego)

Jelena Gieorgijewska

 

Przezroczysty chleb

        Widzisz przezroczysty bochenek chleba. Przyglądasz się. Rozumiesz, na ile kromek możesz go podzielić: akurat ty, właśnie teraz. Chleb w opakowaniu wydaje się na pokrojony. Dwa kawałki z dołu — równe, dalej zadrżała ręka i wyszedł gruby kawałek z postrzępioną krawędzią.
Min
ęła minuta. А teraz nakroisz całkiem równe, ponieważ ptak za oknem zamilkł. Chlebszkło. Ludzie podchodzą i oglądają przez niego ściany, głowy obcych, inne towary na ladzie.
— A ci ludzie — to klienci, a nie obserwatorzy?
— Tak. Nie.
I oni widzą pierwszymi oczyma — na ile kromek pokroić chleb, a drugimi — ściany i głowy obcych i zamykają drugie oczy.
Rozcinanie na fragmenty twardego szkła tak łatwe, jak gdyby z miękkiego szkła. Czekasz, kiedy pojawi się nierówny kawałek, a jeśli od samego początku wszystko szło jak po maśle…
Nigdy nic jak po maśle nie idzie. Myślisz, że ty jedna zrozumiałaś to szkło i rozsypałaś się na tłum gapiów, a podobne do ciebie istnieją gdzieś daleko — na tyle podobne, że ich po prostu nie może być — i wszystko to usprawiedliwia twoją bezczynność? Oto N. niczego podobnego nie widzi.
— Ona jest młodsza — powiedziała K. — zobaczy później.
— Nie, ona jest dobrym człowiekiem. A nawet jeśli i zobaczy, do tego czasu przestanie mnie interesować.
K. wyszła na ulicę. Pięknie, tylko rozplanowanie dziwne: czterdziesty ósmy dom obok pierwszego. Sąsiednie siedzenia w autobusie zajęły dwie tanio ubrane brunetki, przypominające młodo wyglądającą matkę i starszawą córkę, jedna z nich z żółto-niebieskim manikiurem.
Jeśli to mieszkanki Kaukazu, pomyślała K., a więc to po prostu zbieg okoliczności, ale przecież bywają Ukrainki podobne do Czeczenek. Na tej ulicy przezroczystość nie ukorzenia się. Kiedy K. wydało
się, że określiła pochodzenie, jedna z kobiet srogo spojrzała na nią, K. od razu zapomniała, że ustaliła która z kobiet podniosła głowę.
— No tak, po prostu chcesz zobaczyć mój łeb szklany — mówił wróg, kiedy jeszcze nie wyszła z poczekalni — a potem pokroić na kawałki i sprzedać.
— Nie, chcę, żeby inni nie budowali z głów ściany — odrzekła K. — Nie ważne z jakich.
Brzmi pięknie — jak handel szkłem. Ono brzęczy albo świeci. Nieważne jak.
   Pasażerki obok sposępniały, ktoś otworzył szyberdach, chlusnęło powietrze. No tak, nie wierzę, że mogą być one Czeczenkami ze straganu i przy tym znać te wszystkie niuanse, pomyślała K. Oczywiście nasze szkło — to takie czarne symbole. Niektórzy sądzą, że starcie symboli — najważniejsze, o co trzeba walczyć, a w gruncie rzeczy litery — są niczym chrząszcze na chlebie. Pod żadnym pozorem nie zabijać. Są żywe. Kobiety obok zastygnęły jak martwe. Ta górnopowietrzna ulica podzieli mnie, pomyślała K. Te kobiety — skoro niczego nie wiem, uznam, że to siostry.

 

 

(przekład z j. rosyjskiego)

 

Andriej Griszajew

OBŁOK

Tramwajem nr jeden jeżdżę do pracy.

Dwa przypomina mi o mężczyźnie i kobiecie.

To liczenie, którego nie trzeba kontynuować.

Do ośmiu nie dożyłaś.

Nie ma liczb.

Kupuję przybliżoną ilość kiełbasek

I płacę przybliżoną ilością pieniędzy.

Jest jakiś obłok,

Który niesie mnie.

Są jakieś słowa,

Które wymawiam.

Z przyjacielem jadę na ryby,

Łowimy karasie.

Dziewięć sztuk, dziewięć sztuk”

Mówi z dumą, pokazując słoik.

Karasie tłoczą się, przyjaciel porusza wargami.

Nie rozumiem ani słowa.

(przekład z j. rosyjskiego)

Jewgienij Arabkin

***

Tak huczą te pnie

Tak nisko martwe ptaki latają

W pustym złotym gardle

Skryli ognisko przed deszczem

W pomiętej koszuli powiedział

Coś o dniu i twarzach

Idących z przodu głowy

I nogi same pociekły

Między zbrojami liści

Wczorajszych i niepewnie

Między grudami i okruszyną z ziemi

Tylko kontur pozostał

Kiedy skończył się deszcz

Korzeń łykał je jak wodę

 

 

(przekład z j. rosyjskiego)

Dmitrij Dragilow

 

Przejście niedźwiedzia Didiela z Görlitz do Saarlouis

 

W toku działania zmienia się

Najpierw lezie przerywnik

Kotara, jeśli chcecie

Później pojawia się sam

Pasiasty, pazurzysty

Z koroną w gwiezdnym pyle

Wielokątną

Korona rośnie

Przekształca się w dach

Gwiazdy migrują

I właśnie wtedy zauważasz:

To były gwiazdy Dawida

Zapewne, dlatego zyskuje

Nowe cechy

Morfologii

Zmienia zabarwienie

Zmniejsza się

Wiesza firanki

Przypominające o krzyżowcach

I mieście, w którym kiedyś zostało znalezione

Koło

 

 

(przekład z j. rosyjskiego)

Mirosław Łajuk

 

Jesteśmy tu

 

te horyzonty zbyt dzikie
te wyspy zbyt błękitne

nietoperze lecą na zachód
a jeden zaplątał się w ostnicy i nie może
się uwolnić
miota się przypomina zaskrońca
ale ostnica nie wypuści
nie odda
nie wyda

jesteśmy tu
ucztujemy w ostatniej trawie
tu wszystko choruje na dziwną chorobę
i ucztujemy
w tym ostatnim azylu
przypominającym czarne węgielki oko lisicy

te horyzonty zbyt dzikie
te wyspy zbyt błękitne
te pustki zbyt pełne i samotne

 

 

Eremita i kamień

 

jesteś handlarzem ziemią na której
zakwita jałowiec

jesteś poławiaczem ptaków wplątanych
w mocne gałęzie krzewów iglastych
klatki twe zardzewiałe
jesteś pasterzem korzenia żeń-szenia
i opiekunem człekokształtnej mandragory
jesteś ogrodnikiem czarnego jeziora pod skałą
i całego tego potu

czekasz w wąwozie
i odległe zbocza –
tu kilka odcieni zieleni
musisz je zapamiętać
czekasz w wąwozie
i sterta szarych kamieni –
miliony lat staczały się ze szczytu
a potem dni zmieniały dnie

jesteś handlarzem ziemią na której zakwita jałowiec
kolory szmaragdowe stawały się z czasem
czarne jak oczy
i jesteś stróżem tego spojrzenia
w którym zebrane wszystko
jezioro i żeń-szeń i ptaki i
człekokształtna mandragora

w połowie drogi w góry usiedliśmy by odpocząć
i rozpalić ognisko
w pobliżu skały
jesteś rysunkiem na kamieniu
jesteś moim rysunkiem na kamieniu

 

(przekład z j. ukraińskiego)

 

 

Mychajło Żarżajło

 

 

**
obrazek który pieścisz

drewniana fontanna starej wiśni
kapliczka budki lęgowej gdzie osiedliły się sikorki
straszydło na czereśni
zakręcone krany tulipanów
skomplikowany krój pisma winogron
touchpad wycieraczka pod drzwiami
spowolnione jojo ślimaków
spotulniała w krzewach porzeczki antylopa snu
najeżone rękawice
dom z niezasłoniętą głową
kapelusz w ręce

ale
na brzeg horyzontu wyrzucił się granitowy wieloryb kamieniołomu
wybuchy skały kanonada oddychania
fontanny dymu

chwilę przed
żuraw krynicy w roli prawdziwego żurawia
mężczyzna obok krynicy w roli prawdziwego mężczyzny
woda w roli wody
i słońce w roli słońca

 

(przekład z j. ukraińskiego)

 

 

Anton Połunin

 

Kim jesteś

 

Kim takim jesteś, żeby chodzić i mówić tu
Kim takim jesteś, żeby chodzić tu i mówić
Na elastycznej nodze
Na klonowej gałązce
Podskakując po ptasiemu
Na co drugim

Jak śpisz ty
Z takimi ostrzami nad głową
Z takim piekłem pod głową
Jak ty śmiesz
Chodzić tu i mówić
Jak gdyby życie to jeszcze nie wszystko co istnieje prócz śmierci
Jak gdyby istniało jeszcze coś więcej prócz śmierci
Chociażby mężczyzna i żona jego

Mężczyzna i dzieci
Którym się nie podobasz
ty
Ze swoją niestrawnością
I wyjazdami za granicę
Jak gdyby jednemu tobie chciało się za granicę
A nam przychodzi tylko kochać ojczyznę
Hodować pazury i kły
Żeby tylko być  tu
Być tu i mówić
Chodzić i mówić
Tu

 

 

pewnego razu

 

wszystko to może nadać się na pieniądze
pewnego razu
szpilki do włosów
muszle
części samochodów elektrycznych
gdzieś
może się  to przydać
w wirze karnawałowej zabawy lub
na meksykańskiej korridzie
gdzieś
pod miastem
nasze szklane guziki
deski rozdzielcze
pończochy
mogą być w obiegu na równi z dźwięczącą monetą
wedle prawa zachowania masy
i wartości średniej
nie wspominając
o przyzwyczajeniach
duszy
samotności

 

 

 

(przekład z j. rosyjskiego)

 

 

Janis Sinajko

***

przyjaciele dzwon i kwiaty.
rowery na  starość
wymieniali się
cebulowymi krążkami.

***

mężczyzna bez znaków rozpoznawczych
w kapeluszu japoński detektyw
dwie ciemnozielone bramy
zły obraz
ona zła
nic nie powie i będzie gestykulować
póki nie odejdziesz
i znowu wrócisz w to samo miejsce
z nożem w rękach
otworzyć czarne drzewo
wyjąć twarz orzecha do nikogo nie podobną
tupiącą skórę nieostrymi ustami

***

powojenne zwierzę i ciuciubabka
pachnęli wyraźnie wodą kolońską
patrzyli w okno
póki za oknem ono wciąż rosło
trzymało siebie u siebie w spodniach
trzymało się jak u siebie w spodniach
żywiołowe przeżycie

(przekład z j. rosyjskiego)

Dmitrij Strocew

pamięci Wiktora Luferowa

 

 

 

dzieci

biegnijcie w górę

opierając się o głos

z dala ode mnie

zostaję w mroku

 

słyszycie

wynoście się precz

dopóki mnie słyszycie

jesteście wciąż tutaj

w mroku

 

tam

gdzie kończy się mowa

obrywa się głos

zaczyna się promień

 

słyszycie

idźcie precz

pędy

opierając się na głos

od korzenia biegnijcie

do światła

 

Anna Maligon

 

***

Dawno chciałam zapytać: jak tam ci jest, po tej stronie wojny?
Zdaje się, że jest tam na tyle ciepło, że śnieg przemienia się w mleko,
а chłopiec ze skrzypcami stoi cały rok w koszulce,
i gołębie, wzlatujące nad ratuszem,
zawisają pomiędzy śniegiem a muzyką,
niczym wystrzelone kule – pomiędzy duszą a ciałem.
Lecz teraz nie będę pisać o nas.
Napiszę o miastach, z których w długich ciężkich kopertach
zamiast listów przychodzą dzieci,
gdzie przestraszone słońce, jak zamrożona mandarynka,
wytacza się raz na tydzień,
i poprzez dym widać dym,
i poprzez śmierć kiełkuje śmierć.
Rozerwij swą pierś, pokaż swe wewnętrzne piekło –
pokaż, co to być samotnikiem,
jak to – taka pustka, że nie ma o kogo się nawet zranić.
Naucz mnie języka ścian –
a ja pokażę ci miasta –
i wymyślony przez ciebie chłopiec sprzeda swe skrzypce,
by kupić palto.
Dawno chciałam zapytać: za co? I kiedy to się skończy?
Tyle czasu, a ja wciąż znajduję
zapalniczki w kieszeniach – jeszcze z lata…
Cóż więc począć z tym ogniem?
Więcej ognia niż ciepła.
Więcej ścian niż drzwi.
Czy nauczysz mnie języka ścian?

 

(przekład z j. ukraińskiego)

 

 

Anna Głazowa

 

                                                                        Galinie Muszynskiej

dom i okno
i naprzeciw okna –
wyspa powyżej wody.
słońce wychodzi z wyspy nie za każdym razem.

rok pozostaje w tyle
od powrotu dnia,
kiedy słońce wstaje ziemskie

oznaczając koniec świata,
oznaczając początek.

 

*
tak łączą się rzeki
płynące z różnych wysokości,
jedna ciemniejsza, druga jaśniej,
wodny zmierzch jego środek

(nie północ to, nie południe
a zmierzch – środek nocy i dnia)

nie połowiczna, pełna
ta smuga
tam gdzie dwie wody
i gubią i znajdują
imię.

 

*
ziemia kruszy się jak chleb
jak chleb rozsiewa się i pięknie nie taje.

umysł tylko wydaje się zamknięty:
i ziemia z ziemi nie unosi się,
i swoja zaś cała maleńkość.

 

*
ulecieć z ziemi odpychając się
na odkrytym ogniu
nie w ludzi
a w rozstęp
nad ciałem powietrza:

to prostsze niż upaść
w ciekły żar
w środku ziemi.

 

 

Arkadij Dragomoszczenko

+ + +

Dziesięć minut
za dwadzieścia pięć
cztery godziny
jedna godzina i więcej
pożądanie sekund
do wieczności wieczność
dziesięć minut
półtora roku
dwie purpurowe samoprzylepne kartki
na napotkanym potworze
dwa psy
uciekające w głąb pustkowia
dwie rude kropki
które upadły na pole nowego roku

73 r.

 

+ + +

leżę obok niej
strąki grochu wyblakłe od słońca
walają się po podłodze
we włosach płynie jeszcze lipcowy pył
naśladując ruchy słońca
jesteśmy nieruchomi
zamarłem w bezruchu
i ona znieruchomiała
jak gdyby powtórka spokoju
w którym przebywają południowe niebiosa
przyglądamy się sobie
jesteśmy ciekawi
ona oczekuje mnie
ja oczekują ją
bardzo powoli poznajemy siebie
leżąc podle siebie
w stercie białej
w zaplątanych ścianach
kiedy wyblakłe strączki grochu
zwinęły się od skwaru
a na parapecie rozsypana ochra
i na ulicach — ani żywej duszy.

 

„Ukochana moja”

Kiedy
dziesięć lat temu spotkałem cię,
Wydało mi się, ze spotkałem brata.
dziwowałem się nocami, wyciągnąwszy się w pościeli:
Okno. Drzewo deszczu –
Twe ręce
Były takie same, jak u mnie,
Takie same były ramiona.
Rozmawialiśmy jednym językiem,
A rankiem, kiedy jeszcze w domu wszyscy spali,
Starliśmy się nie skrzypieć na posadzce,
(tak i nie zmienili, a potem rozebrali dom)
Wymykaliśmy się na ulicę.
I szliśmy razem, zadziwiając przechodniów swoim podobieństwem.
Jaki cudowny był twój oddech,
podtrzymujący mój oddech!
Jak wspaniale zgodnie
podążały poranne cienie za nami!
Jak łatwo dotykały się nasze ręce!
„Ukochana moja”, o ile lekkie były nasze ciała.

 

 

Kuźma Kobłow

 

Wiersze (34)

Ciała rzeczy nie pamiętają jak prosiłam je siebie nazwać
Jeszcze raz. Ciała rzeczy nie pamiętają jak prosiłam je
Jeszcze raz. Ciała rzeczy nie pamiętają jak jeszcze raz. Później
Zapisywać było bardzo trudno, wszak środek
Rozstępował się tu wszędzie. Nie odpoczęłam nie
Odpoczywać długo jak gdyby jak nowiusieńka. Brzydki
Zatrzymany kadr, jest czas kontynuować, chyba nie, ta
Blizna na policzku tak niedorzeczna. Niech będzie ich
Dla mnie jak dobry powód lub profilaktyczne
Błędy. Jakżeż ten obrazek świerzbi.

 

Wiersze (38)

Nawet nieprzygotowany wybryk,
Niemalże kropla
Przezroczyste podwórze pod świtało. I szyba
I pies, na przykład,
Bezgłowy, ale niemniej sprytny niż był.
Napatrzyła się i rzuciła się przez
Ornament ustawień parkietu, wilgotnej miotły,
Na podłodze półsuche smugi, jak
Łapy. Stereo-rysunek: wschód, piaski.
Deszcz przez szczekanie i ciszej. Całkowicie
Napełniła wszystkie co do jednego
Wiadra, radio powiewa skrzydłami zbyt szybko
Które wyżej rysów twarzy odnoszą wokoło.

 

 

Wadim Bannikow

 

*
zimą niemowy filmują nad brzegiem oceanu niebezpieczeństwo
napompowanej szyi głos przez minutę po
wyprzedzeniu niczego nie ma
ale kołacz
pieczą z wanilią i dekorują
kupię cię za pół kanapki z solą
za to że ty \ za to że ty jesteś przepiękny
wszyscy co mają sierść i pływają są przepiękni

 

156.
pada gruby, jak papier, śnieg
zawsze chciał być tam
a inny na jego miejscu zechciał by być tam
często ten płaczący człowiek nieodzownie
w końcu dochodzi

 

194.
śnieg i woda
i wszyscy oni idą
nigdy nie przestanie \ do widzenia, do kwietnia, do południa
ale i on nigdy nie przestanie pozostając
nigdy nie przestanie pozostać

 

 

Sergiej Sdobnow

***

Przestawianie ciemności na zegarze
w głowie anioł mówi dymowi
lato trzymaj pióro na małym ogniu
dotkniesz deszcz ciepłą szyba

zapytaj ostatnie drzewo gdzie rosnę
i światło nabieram do kieszeni

***

tam gdzie stygnie wschód wiosny
wiatr
możesz w czymś pomóc. albo idziesz po ustach
do ognia kto ruszał świece
głowa drzewa pada do nóg tam jest i moja głowa
zamknij moją gębę wpół
przychodzi drzewo umierać
za ciebie
śpią w nieskończonej piersi
proste chłopaki

***

dzieci żydowskie nazywają
dowolne miasto dwoma imionami
lato chroni łódkę
uszy ptaka czerwienią się
spać nie ma czym
dwoma imionami

***

miejsca bólu całodobowe
poruszają się pakunki śmierci
zbliżając się do stacji okno bije po rękach
nie prędko dystrybucja powietrza
w przestrzeni rzeczy zastyga oddział śladów
dookoła wszystko co ma straszyć 
zwierzęta w różnym wieku
nie mają gdzie padać pojedynczo  
wszystko co ma milczeć
penetruje trawę

Andriej Czerkasow

***

wazon pełen
szklanych kuleczek
w różnych kolorach
pomoże
ukoić smutek

ludzie u których
wszystko w porządku
zakupili zestaw do manicure

roślinom które nie znają
swoich nazw
wypada korzystać
z usług tłumacza

folia ochronna
ot tak się nazywa

pora
zmieniać święta

***

rosyjskie
schłodzone
mięso
miód
twarze i ciało
szklane drzwi harmonijkowe
międzypokojowy miód
lepiej milcz i odejdź
szklane rosyjskie mięso
schłodzony narodzie

***

idealny dom
zostanie zamknięty

podarunek z wyjątkowym smakiem
zostanie zamknięty

socjalny patrol
zostanie zamknięty

świeżo wyciśnięty sok
zostanie zamknięty

opowiadanie o epoce
zostanie zamknięte

wydział tyłów
zostanie zamknięty

angielski włoski francuski
niemiecki grecki rosyjski
zostanie zamknięty

Aleksandra Cybula

 

***

 

Kobieta z kokardą na piersi, przypominającą złożone dłonie,

jej posągowość na eskalatorze.

Chłopiec z zamkniętymi oczyma na ławce, przejmujący.

Sprzedawczyni bzów poźnym wieczorem

na rozpalonej alei, szklana.

Wokół nich — pewien nadmiar albo prześwit.

Właśnie tak, na rozgrzanej plaży

wczasowicze usuwają się przed niedorzecznym trupem,

którego brzuch bezwstydnie zaokrąglił się, a z ciała od razu

zeszła cała zdobyta opalenizna.

Zaraz potem, jakoś przywykając do absurdalnego sąsiedztwa, przez

brak miejsca

wszyscy zaś ścielą w pobliżu, osiadają, usprawiedliwiają się.

Dojrzały brzuch rośnie, słodkie, uśpione nasionka

wrzeszczą i skrzeczą.

 

Tania Skarynkina

NUREK-WIRTUOZ

Pragnąc pójść za ciosem nagle
rzuca się i płynie
podkurcza jedyną nogę

stara się być
troskliwym wobec siebie
czułym pod sobą

nie przeszkadzać
milionom płetwonurków
którzy ledwo mieszczą się na dole

w zwartych rzędach
przepływają z miejsca na miejsce
inaczej by ich sparaliżowało

na swój sposób piękni okrutni pływacy
kamienicznicy sklepikarze
złodzieje mieszkań

przy najbardziej słonej ostatniej fali
przewidziana jest budowa
prowizorycznego domu

dzikie róże z komina
wyrywają się
z chropowatym trzaskiem.

Ołeh Bohun

Modlitwa

W zależności od tego, kto wchodzi
do tego zmniejszonego lasu, modlitwę słyszymy
wystraszeni
i niedługo potem
I zatrzymujemy się bez siebie
(tylko jedno: mech || mech)
I słyszeć — spokojnie — przed wyjściem — tylko stadka serca
gdy w ruchu
przebłyskują tak samo:
Tam || tutaj — długie,
jak trup —
(utrzymują się
nawet
za lasem)
. . . . . . .
. . . . . . .
. . . . . . .

Jewigienij Charitonow

z cyklu „Bilboa i inne rzeczy. wiersze”

Czy widywałeś tę dal? perspektywa.
ostatnia jesienna chwila.
Z góry pnie na gałęzie na gałązki
cudowna plątanina
Pnie osiągnąć pułap chciałyby brak sił.
Taka siła, nie pozwala do góry.
Zdaje się, że te miotełki tak jakoś zakłócają lot planety.
Wiadomo przecież otulona jest orbitą,
one z nich nie wystają i lot to pestka.
Tu sprawdzenie obecności dzieci, przed dorosłą szarańczą.
Dzieci, świadomie przegnały kałużę.
One kanał odwiodły obcasikiem.
O ty moja żywa lornetko, umieram.
Do tej pory ani razu mnie nie pobito.
Wszytko przede mną, uwzględniając wzrost zbirów.
Mają mnie za wroga. Szukają zaczepki.
A ty się nie waż.
Wybiją oko przez pomyłkę
abym w tę dal nie wpychał swojego nosa.
Koniec. Nowa perspektywa:
biel, biel, białego mało,
kanały zamarzły
dzieci nie ma.

Łesyk Panasiuk


Gdy nie za rękę

Kamień wyjęty z wody
już nie ma niczego wspólnego z wodą

Ptak strzepuje z siebie błękit
gdy opuścił się na ziemię

Chłopaczek z niewłączonym aparatem
podchodzi do każdego
і udaje że fotografuje
przechodnia czyni doświadczalnym

Podchodzi do mnie
a ja nie kamień w niebie
podchodzi do ciebie
a ty nie ptaszek w wodzie

.

Eksponat

Dwoje młodych archeologów
wykopało szkielet wiatru
teraz jest eksponatem Muzeum Narodowego
teraz wieje tylko dla Muzeum Narodowego
i dla jego zwiedzających

Nie płyną młyny łodziami pól
nieruchome wiosła młynów
latawce uspokoiły się
nie wyrywają się dziobami na wolność
latawce jak psy na uwięzi
piersi żaglowców obwisły
niczym piersi starej kobiety
balony jak spalone żarówki

Ale kiedyś odłamie ktoś jedną z kostek wiatru
i wyniesie pod kurtką z muzeum
niczym ogień

Fiodor Swarowski

Chwała bohaterom

czterech Kanadyjczyków uratowało świat przed genetyczną katastrofą
pewien Ormianin wymyślił nowy rodzaj paliwa rakietowego
i lekarstwo na raka
pewien Rosjanin poświęcił się
wyłączył reaktor i uratował międzynarodową stację kosmiczną
pewien Anglik oddał swoją wątrobę rannej dziennikarce
która wróciła po przewrocie w Kalifornii
pewien Tatar podczas konfliktu na tle etnicznym
w południowo-wschodniej Azji uratował 240 malajskich niemowląt
pewna Francuzka oddała życie za wolność Phobosa w katowniach
Dejmosa
pewien Kartadianin
miał zaatakować Ziemię na statku o napędzie neutronowym
ale
gdy ujrzał błękitną planetę
skierował statek w stronę słońca
życie to miłość
ludzie są nieśmiertelni
i chwała
chwała bohaterom

.

Ciągłe dzwonienie późną jesienią

późną jesienią liczba połączeń
drastycznie wzrasta
(nawet spada napięcie w sieci telefonicznej)
całe ciało gdzieś dzwoni
brzuch dzwoni do wodociągu
noga dzwoni do lewej kieszeni
wiszącej w przedpokoju
letniej kurtki
kark wydzwania do lędźwi
kręgi
dzwonią do siebie nawzajem
nogi nie wiadomo po co próbują dodzwonić się do
brudnych skarpetek i trzech par butów jednocześnie
palec wskazujący dzwoni do
maszynki do mięsa i do zarządu budynków
serce wybiera numer milicji
a jeszcze brwi dzwonią do pleców
i pierś dzwoni do pleców
i nawet tyłek dzwoni do pleców
i przy tym
nikt nigdzie
nie odbiera
gdy słyszy taki sygnał
wyczerpany człowiek
automatycznie wyciąga rękę
ale w porę rozumie:
nie
to znowu nie do mnie

Emil Petrosjan

E-YES

ona ma czerwone oczy
ona ma szare oczy
ona ma żółte oczy
ona ma zielone oczy
ona ma czarne oczy
ona ma pomarańczowe oczy
ona ma niebieskie oczy
ona ma żółte oczy
ona ma szare oczy
ona ma zielone oczy
ona ma fioletowe oczy
ona ma czerwone oczy
gdy mówię o jej oczach
nie chodzi mi o kolor
zupełnie nie o kolor
nie chodzi mi o oczy
zupełnie nie o oczy
nie chodzi mi o mnie
zupełnie nie o mnie
oko А
oko В
z oka А
do oka В
z oka В
do oka А
oczy АА
oczy ВВ
oczy АВ
nasze oczy — АВ
ten nowy stwór
ma
jedno oko moje
i
jedno oko jej
ten nowy stwór
ma
jedno oko nie moje
i
jedno oko nie jej

Jurij Zawadzki


„Dzień 25”

Ludzki materiał mówi mi
nie dotrzymujesz słowa
i mruży oczy
Dlaczego mruży oczy
I kim jest słowo

„Dzień 26”

Przez wszystkie dni tylko sól
sobie zebrał
Transcendentalne obiekty sól
głos głupka
Nietykalny triolet sól

„Ludzie rozmnażają się…”

Ludzie rozmnażają się
Wskutek wrodzonego awanturnictwa.
Można jedynie czekać na nadarzającą się okazję.
Jak jabłko, zawierające wodę i nasiona.
Mgła, pustka.
Świat niedokończony, bez nazw.
– Jaki jest stan natchnienia, czyżby
Nadszedł czas dla samego siebie?
Na ile będę mógł być obojętnym?
Komu nadskakiwać?
W poezji nie ma moralności i zasad.
Nienawidzę, nie nawidzę, nie na widzę.

Lidia Jusupowa

mój dziadek był zrobiony z mydła

mój dziadek był zrobiony z mydła
i pisał książki o buntach
obdarowywał mnie nakręcanymi niedźwiedziami
każdy niedźwiedź miał na plecach kluczyk
po przekręceniu kluczyka
niedźwiedź ożywał
i powoli z wyniosłością obracał się
nasze spojrzenia nigdy się nie spotykały
pewnego razu zimą
znalazłam list dziadka do taty
wysłany do Jakucji
gdzie tato płukał złoto
to był moralizatorski list
składający się z utartych frazesów
był napisany przepięknym charakterem pisma
dziadka żona-ichtiolog
płynie pod prąd po ciemnym korytarzu
i patrzy na mnie
patrzy

Siergiej Timofiejew

 

Żuczki, gałązki
„Stałem się złym człowiekiem,
wszędzie widzę zło” –
powiedział mi pasażer
dalekobieżnego autobusu
podczas niegłośnej nocnej pogawędki.
„W drzewach widzę żuczki,
w poezji – tautologię,
w mowie polityków – mowę polityków.
Być może, tak nie będzie zawsze,
i kiedyś znowu zobaczę
w drzewach – elegancję gałęzi,
w poezji – bogactwo odcieni,
w mowie polityków – warianty przyszłości.
Ale na razie – jak beton. Rozumie pan,
to tylko moje problemy. Świat wszak
jak i dawniej jest absolutnie, absolutnie
przepiękny…” I zamilkł, patrząc w okno
na odpływający wstecz pośród mroku
samotny dom z parą płonących okien,
w którym, widocznie, oglądali serial
przy cukierkach i mocnej herbacie.

 

Andriej Czerkasow

.

+++

.

psi ogródek jordanowski

pełen cichych znaków

uwagi

 

podarunków ziemi

ukazujących się rankiem

wyjątkowo wyraźnie

 

a wtedy

wszystko w porządku

 

już

dobrze

 

mówią mi

 

a ja odpowiadam

witaj niebieski kapselku już dobrze

 

witaj biały kapselku już dobrze

 

witaj czerwony kapselku już dobrze

 

dzień dobry S1 DVK

numer rejestracyjny samochodu z Polski

czarny i biały i żółty i niebieski z jednej strony

i cały żółty od spodu

wszystko w porządku

 

witajcie odłamki odrywki odpryski niedopałki

 

witajcie niteczki papierki druciki skuwki

witajcie

dzień dobry

 

wszystko w porządku

już dobrze

.

Siergiej Sdobnow

 

***

linoskoczkowie ze świateł reflektorów wydobywali oddech
szukali z powietrzem jakiegoś podobieństwa

w domu przyjaciół stukają czymś i nie słychać papieru

a ty potrzymaj mą krew póki zawiązuję buty
tam gdzie nabrałeś wagi i wody

czarne skrzynki mają proste sny ale jak ich dużo
pośród możliwości szkła

bliskie stają się przedmioty nie mieszczące się w głowie
rozciąga się kabelek nie ufając bólowi

na stole szklanka ciemności
i odłamek raczej na ty

i las serc na plac wyszedł

 

***

odwróć głowę odwróć głowę
trąca jesienią niebo niedźwiedź
opierając się na mroku zakurzony płomień
ogrzewa szkło od środka

opierając się na mroku
drugiemu mrokowi pokazywał drogę
gdy woda rozeje się wszędzie to aż we mnie
polewa szkło

coś się stało z lasem i upadłeś
coś jeszcze odpowiada bólowi
cień ziemi odsłonięty dla wiatru

dzień z trzmielem w rękawie
i gołąb nie zniesie cienia
myszy szykują dusze chleba w drogę

 

***

nad rzeką coś myją we krwi
czymś myją twarz ziemi
nie śpij w ziemi
to co mogło się zdarzyć ale się nie zdarzyło
coś podchodzi i nie przechodzi
cokolwiek tam przyszyć
niczego z przyzwyczajenia nie ruszać

 

Jekatierina Sokołowa-Czerkasowa

*

więc nie na darmo zrobili mnie kierowcą
w tym autobusie,
dali kamień dla przynoszącego pokój człowieka,
a teraz zostawili na granicy
p o d u m i e r a ć  –
żebym popatrzył,
jak śmiech bez przyczyny że aż śnieg z mężczyzny pada
i on łże

*

Lena Szakur

*

Aby poznać, jaki jesteś,

muszę przejść całą milę w twoich mokasynach.

Zróbmy tak:

ty podlewaj kwiatki i czekaj na wieści,

a ja — dojdę do pchliego targu,

tam, mówią, Ezop na moście sprzedaje

raportówki wojskowe i książki:

o botanice, ornitologi oraz bajki narodów świata,

potem wrócę, napiekę placków kukurydzianych

i powiem — jaki jesteś.

Iwan Nepokora

***

podchodzić do nieznajomych ludzi
na ulicy i pytać
kiedy płakali ostatni raz:
co za samowola!

pytasz
czy dostaniemy wizę do sąsiedniego pokoju?
czy można zatrzymać ofensywę
nowej marki trampek na nasze miasto?

ja skądś to wiem

ktoś włączył światło
a człowiek który wydał się nam drzewem
okazał się kobietą
i powiedział
że prawdziwe były tylko afisz i krzesła –
wszystko pozostałe zmyślono

i żeby nie wystawiać się znowu na pośmiewisko
nie zostaje nam nic lepszego
niż założyć fioletowe marynarki
wstać i jako pierwszym przyklasnąć
chociaż ostatnim razem właśnie to nas wydało

Leonid Szwab

***

Kriszna nie płacze.
Niedźwiedzie w sadzie prześladują córkę Anglika.
Burza wisi na włosku, dziewczynka schroniła się za kamieniem.
Za płotem wyrastają petunie.
Im mniejsza planeta, tym długowieczniejszy piorun.

O świcie puka do drzwi z kompanami Anglik,
Dziewczynka śpi na trawie, deszcz ustał.
Zamiast niedźwiedzi widzimy zbieraczy bawełny.

***

Pod niesłychanie mocnym traktorem lodowa ziemia jak gwiazdolot,
Pola się kłoszą, a wiatr zwiewa nakrycie głowy.
W miedzianym kablu zaplątany jeleń
Przestraszył przedszkolaków na śmierć.
Pewien żołnierz w czarnym fartuchu uwalnia jelenia.

Urządzają wesele po krótkim czasie,
Dzieci prowadzą dla żołnierza królową,
Taż patrzy jak żona,
I chleb, i cebula na przeziębienie przypadną żołnierzowi.

Igor Pomierancew

***

On przyniósł do klasy kilka motków różnokolorowej włóczki

i wszystkich omotał, owinął, oplątał.

Oni śmiali się do łez.

Wełna była sprężysta.

Leżeć w niej było ciepło.

Nici nie przecinały rąk i nóg.

Można było nawet przemieszczać się,

całym ciałem od razu,

zrywami.

Parę centymetrów w prawo, potem w lewo.

Oni śmiesznie zderzali się,

przypadkiem muskali się

wargami.

Wargi też były sprężyste, puszyste.

Oni postanowili nigdy się nie rozplątywać.

Z początku dyrekcja robiła wszystko po cichu.

Nauczyciele uzbroili się

w nożyczki i brzytwy.

Ale poprzecinane węzły i pętle

momentalnie się zrastały

i robiły się mocniejsze niż wcześniej.

Karmiono ich z łyżeczki.

W końcu się wszyscy o tym dowiedzieli.

Szkołę otoczono,

wezwano kompanię desantową.

Ale nawet specjalne obcinarki nie dały rady wełnie.

Wtedy nocą do klasy napuszczono moli.

Po przebudzeniu,

Oni nie znaleźli ani jednej niteczki.

Mole zżarły nawet ubrania.

Tak ich golusieńkich

rozdano rodzicom.

Anna Orlicka

.

***

.

Wilgotne powietrze wiosny przekrada się do naszych słów

Wytycza między nimi ciepłe ścieżki

Spotkamy się w lutym,

Nie lodową gorączką, nie kruchym mrozami, ale

Cienkimi liniami, ledwo widocznymi,

Jak zastygłe złocące się promienie ciepła

I światła,

Zdolne roztopić śniegi

W przezroczyste strumyczki.

I w rzeczy samej, wszystko dookoła czarne i przezroczyste

Nie ma białego, zdrętwiałego, oplątanego,

Tylko skupiający wszystkie promienie w sobie

Czarny.

Skupiający i oddający

Ciepłem, słowem.

.